chyba się wypiszę ze świata książki. i to w trybie natychmiastowym. bo otóż się okazało dziś, że pan księgarz, dla którego się zapisałem lat temu parę, porzucił pracę, nie pozostawiając nowego adresu zatrudnienia, a jedynie swego mniej uroczego (czyt. przystojnego) kolegę z okropnym złotym krążkiem na palcu serdecznym (tak się on nazywa?) - czyli jednym słowem kicha. więc dzisiaj w księgarni spędziłem zaledwie kwadrans. pewnie w ogóle by mnie tam nie było, ale upomnienie przyszło do domu, że przegapiłem termin. no i jeśli nie kupię czegoś raz dwa, to mi danielle steele wyślą. no halo - ale taka ciota ze mnie jeszcze nie jest. wolę jackie collins.
poza tym jestem zacofany jak przeciętny wyborca pisu. dopiero ostatnio odkryłem na trójce (tutaj się moja wiekowość odzywa) maszynkę do świergolenia. i jak mnie mój drogi siedemnastoletni kolega z giegie uświadomił - pieśń ta z moich ostatnich dwudziestych lat pochodzi. ale zero przerażenia w oczach (właściwie tylko kochane kontakty, bo tych na giegie coraz mniej). dzisiaj polazłem sobie na koncert wójcickiego. akurat gratis miałem, a że on ci nasz, to więc nie opierałem się zbytnio. za to zrezygnowałem z laskowika dofinansowywanego z zakładowego funduszu świadczeń socjalnych, bo akurat w tym czasie w centrum handlowym krawczyk gratis występuje, więc po co portfel nadwerężać. tym bardziej, że z uwagi na znacząco przekraczające progi dochodowe dochody (no halo! w końcu pedałem jestem, więc alimentów nie płacę i dzieciom podręczników we wrześniu kupować nie musiałem) zaproponowano mi dopłatę dziesięciozłotową. tyle to ja dzisiaj fryzjerce napiwku dałem za jej harce na mojej głowie. ale nie mówmy jej, że to za macanie mnie po głowie. jeszcze by się prostytuancko poczuła, a fajna z niej dzioucha była. a co najważniejsze zasłużyła na ten napiwek. wyglądam prawie bosko. z naciskiem na bosko. to znaczy na swój wiek.
stary dzieciak wyzwał mnie od gnojów i takich tam. wiem. jestem. zgadzam się. ale żeby mi to w twarz rzucać. również mógł mi wsadzić w oczodoły i nosodziurki, że pedałem jestem. no halo po raz drugi! a to tylko temu, że mu powiedziałem, że pizdunia z niego, bo marznie. a ten od razu się sfoszył niczym kotek na kołka i mi sceny na przystanku urządzać zaczął. dobrze, że miałem moje empeczy. szkoda tylko, że bez britney. normalnie wtedy mi ochota przeszła z pedałów na britney właśnie.


