niedziela, 27 maja 2012

arabskie rytmy życia codziennego, czyli jak zostałem szwagrem mahometa :)

moja sis zwariowała. pytanie tylko, czy ogólnie tak, czy z miłości. bo wyszła za mąż. według obrządku muzułmańskiego. w dodatku w algierii. normalnie ja się przy jej hecach z moimi pedalskimi wyczynami totalnie chowam. wszystkie analno-oralno-absurdalne goopoty się stają maciupeńkie niczym moje penisiątko. oto moja kochana sis pobiła rekordy naszej o-familiady :) - może też dlatego kocham ją bardziej niż bardzo, a jej dzieciaki równie tak samo. po prostu dziwny nadszedł czas na nasz ród genialny...

tak czy inaczej dziwne rzeczy się dzieją. bo nie dzieje się kompletnie nic. ja staram się szczery i jakoś taki w miarę aktualny być, a ostatni dwaj panowie randkowi jakby zapomnieli sobie fotki na profilku zaktualizować. no i idę sobie na spotkanie, a jeden zamiast być blondynem był blondynem prześwitującym skórą, a drugi zamiast być mega-uroczy fotkowo, był mega uroczy fotkowo plus. tyle tylko, że ten drugi zrobił lepsze wrażenie. a ten pierwszy mniejsze. ale ten drugi za to zaobrączkowany, a ten pierwszy wolny. dlatego, jako że mam wybór totalnie mam to w tyłku analnie - dyma mnie to maksymalnie. bo jakoś genialnie mi samemu. choć pewnie płakać mi się chce na samą myśl, że nie mam partnera na wyjazd precz za morza i oceany...

ale i inna sprawa jest. bo oto zacząłem się sypać podręcznikowo. w ostatnim miesiącu tyle razy do doktora zaglądać, to perwersja. albo co najmniej jakby mieć za chłopa doktorka. ja kiedyś tak miałem. i to jeszcze anestezjologa. uśpił wszelkie moje podejrzenia. na amen. a ja goopi usnąłem niczym śnieżka. na szczęście od czego jest dżeks - notoryczny bywalec czatów wszelakich. i jak tylko wyłuskał z natłoku fotek pana na słoniku, to od razu zameldował, buzi dał i królewna się przebudziła. ale chyba tak bytność z tym panem traktuję jako jeden z przyjemniejszych okresów życia. prawie na równi z panem rihanną a.k.a. "unfaithful" :) juhu!


wtorek, 22 maja 2012

bo ja i wiejska baba powinniśmy być gejami. kropka.

nigdy więcej randek w ciemno. nigdy! bo po prostu koleś, który się zjawił był kompletnym przeciwieństwem mojego typu pana. ani to brunet. ani z brunetową czupryną. ani z zarostem brunetowym. ani też z pozytywnym nastawieniem do życia. po prostu masakra. jak kompilacja moich ostatnich eksów: łysawy, niższy ode mnie, starszy i narzekający... na szczęście od czego ma się dżeksa. wyczaiłem pana randko-ciemnego w centrum handlowym raz dwa i od razu się z mandolinkowym-manem skontaktowałem byłem, coby za maks 45 minut do mnie zabzdryngał, że mu się autko rozłożyło na części pierwsze i wymaga holowania. a ja dobry człowiek holowania chęć okazać byłem w stanie... przyjaciele to podstawa. kropka. a randki w ciemno - never ever again!

a dzisiaj z wiejską na wspominki się nam wzięło. przy piwie. choć ona prowadziła. a ja pasażera grałem. w dodatku w miejscu, w którym z pomarańczowym czas spędzałem. niestety tego ostatniego wrednie zostawiłem, uwalniając się do stanu wolnego... cham ze mnie wredny i jedyny w sobie, ale co zrobić. jak się nie kocha, to albo się gnije w związku, pozwalając gnić partnerowi. albo też wyzwala się, stając się dla tego partnera gnidą. tak jestem gnidą. nie gnijącą. moja filozofia. kropka. poza tym nie jest źle. jest dobrze. bo ja mam taką durną przywarę - nigdy nie narzekam.

poza tym miałem coś napisać, ale zapomniałem. ale mówiłem wiejskiej, że napiszę. w ogóle z wiejskiej to boska laska jest. poniekąd się w niej kocham. ale tylko poniekąd...


piątek, 18 maja 2012

algierskie fantazje podszyte księżniczkowym ziarnkiem grochu

ostatnio to tour de ex. bo się na księżniczkę znowu napatoczyłem. ale nie było mi być dane spać na ziarnku grochu. te czasy ewidentnie minęły. i chyba mu to nie w sos, bo może coś by chciał. ale nie te emocje, nie te motylki (raczej ćmy), nie te fale dunaju. po prostu tylko wspólne spędzanie czasu na rozmowie. tyle tylko, że mimo że trochę dojrzał, to jednak nie za bardzo. bo jak mój instytucjonalny główny księgowy (czyt. hipek) do mnie dzwonił, to nie dał mi z nim spokojnie rozmawiać. normalnie jak sześć lat temu. ygh. w ogóle, coby jasne było, hipek pracuje teraz u mnie. jako pan od słupków. pierwszy raz jest nam dane wspólnie przebywać tyle czasu od czasów liceum. zabawnie jest. a co...

moja ukochana sis pojechała sobie do algierii. bo tam oto poznała swojego dżina. choć twierdzi, że to aladyn. mnie się zdaje inaczej. ale ja jakoś słabości do arabów nie przejawiałem. raczej do latynosów. boskich brunetów z co najmniej trzydniowym zarostem na fejsie. normalnie z takim panem to mógłbym się prowadzić na manowce codziennie. ale wracając do sis. spędza dzioucha urlop swojego życia. i tak dochodzę do wniosku, że kobieta znalazła sposób. to ja co roku wydawałem mega kasy, żeby sobie do egiptu czy turcji pojechać, a ona po prostu na jakimś heteryckim felku, kumpelu czy innym e-analku stamtąd faceta znalazła. i to jeszcze na dwa tygodnie tam poleciała. a goopi braciszek jeszcze ją tam zawiózł. swoją drogą chciałbym mieć takiego fajnego brata. choć może lepiej nie, bo bym się jeszcze zakochał...

choć na razie intryguje mnie jeden pan. ale cholera jasna żonaty jest. a co więcej - czuję, że i ja go intryguję. matko bosko i jezusku malutki!

wtorek, 15 maja 2012

patrząc wstecz z zamkniętymi oczyma

the last one znalazł miłość wszeteczną chyba. tak mi doniosły jaskółki z portalu pomarańczowego. czuję, że to dobry znak. bo odchodząc, wyrządziłem mu chyba małą krzywdę. po dwóch latach nie odchodzi się, twierdząc, że się nie kochało od pewnego czasu. a się przestało kochać. i miałem cholerne wyrzuty tzw. sumienia, którego nie posiadam chyba. tak mi się zdaje.

w ogóle związki, w których byłem nie przyniosły nic dobrego. w rezultacie ofkors. bo treść, którą wypełniły moje życie chyba była radość niosąca. tak mi się zdaje. bo te wyprawy na ostrawskie tereny, egipskie pustynie, tureckie plaże i polskie tatry coś po sobie zostawiły... mnóstwo zdjęć.

poza tym zostałem zapytany, dlaczego już nie piszę bloga. bo nie czuję - odpowiedziałem. może poczuję. próbuję. chciałbym. byłoby wyśmienicie. powrót do tych lepszych chwil. ale chyba się już nie da... a dzisiaj jakoś nie w sosie i nie w najlepszej kondycji. nie wiedzieć czemu. w końcu życie jest po to, coby się nim cieszyć i wyrywać kartki z kalendarza. w sumie najciekawsze dla mnie zawsze były ich rewersy...

sobota, 5 maja 2012

dlaczego nie powinno się pisać esów po pijaku. w szczególności pod fontanną. i dlaczego nie powinno się zapisywać numerów mężów w kontaktach do (swo)ich żon.

historia z życia wzięta. byłem z żoną moją jadwigą na browarze. a że jej mąż pierwszy tak uprzejmy był, że nas zawiózł, toteż nie musiałem się komunikacją publiczna fatygować, za którą bilety w miesiącu tegomiesięcznym  cenowo podrożały. ale do rzeczy. siedzimy w lokalu, w którym o dziwo muzykę puszczał jeden z moich tzw. night-flame. sprzed sześciu lat nota bene. miło się było uwidzieć nawet. no ale też nie o tym. no i siedzimy i plotkujemy, i się śmiejemy, i obgadujemy. jak to z żoną, która kiedyś tam mnie sprała ostro, że aż się polało po nogach. ale też nie o tym być miało. najostatniejszy temat z naszej konwersacji na jarzębinę zszedł i polską wersję waka-waka. a że muzyka nielicująca nawet z moim beznadziejnym gustem, to mieliśmy magiel totalny. potem jeszcze kilka kroków po mieście, zdjęć przy fontannie i durna gadka. że aż się nam zaniechciało mówić i zaczęliśmy esemesy do siebie pytać. no i ofkors (jakżeby mogło być inaczej w moim szacownym przypadku - prawa murphy'ego to mój osobisty kodeks honorowy chyba) zamiast do rzeczonej żony wysłać text, wysłałem go do męża wspomnianej. shit happens. shit happened. teraz mają ciche dni. przeze mnie.

a morał? a proszę: trza było zostać przy wiejskiej. ona miała bardziej wyrozumiałego męża...

czwartek, 3 maja 2012

być jak dariusz szpakowski

powinienem może dzisiaj napisać o kukuryku było euro i po krzyku, ale nie napiszę. ta piosenka (pieśń?) jest po stokroć gorsza niż piosenki, które ja zazwyczaj słucham. a to już naprawdę wyczyn. tak czy inaczej będziemy mieć swoją eurowizję. mimo że nie chcieliśmy. swoją drogą mam nadzieję, że eurowizja będzie available via net... bo takiej okazji do wypróżnienia półlitrówki nie mogę ominąć.

w dzisiejsze święto nad świętami (dlaczego nie mam rozetki? i nie mówię tu o świnkach morskich) popracowałem. dosłownie i w przenośni. wziąłem udział w wiejskich obchodach konstytucyi (tak na marginesie genialny tekst o tym akcie w portalu natemat.pl), złożyłem kwiatek, zapaliłem znicz, wypiłem kawę. potem wpadłem jeszcze na folksfest. a w tak zwanym międzyczasie popisałem piejczdi. typy projektów? jakie kto wymyślił? ktoś lata temu rzeczone euro dla polszy i ukrainy, ale to chyba równie dopracowane co rzeźba mojego cielska. o zgrozo!

ja generalnie nie znoszę piłki nożnej. pewnie nie jestem synem mojego ojca, bo takie rzeczy by mi w genach przekazał. weźmy na przykład samurajów (czyt. moich siostrzeńców lat 13 i 10), nie dość że sis musiała zamienić pakiet bajki na pakiet hd sport w cyfrowym mięsnym jeżu, to na dodatek chłopcy się do klubu wiejskiego za miedzą zapisali. zaś ja kompletnie za całym tym kolorowym jarmarkiem nie przepadam. nie dość, że nie wiem, kto to messi, a kto to strąk (pewnie moja wiedza jest tutaj równa z wiedzą redaktora szpakowskiego), to na dodatek ronaldo (christiano, nie ten bezimienny) w ogóle na mnie nie działa. ostatni, który mi się podobał to był chyba krzysztof (nie robert!) warzycha. no i zinedine. ale potem niebezpiecznie wyłysiał. a teraz na dodatek babcie z gminy dzwola (where the fuck is this?) jeszcze skuteczniej mnie do tego "przekonały". no i nie rozumiem tej hecy wokół tymoszenkowej. ale ja wielu rzeczy wciąż jeszcze nie rozumiem. no ale tytuł tej piosenki przywołuje nieco wyblakłe wspomnienia o reklamie wafelków kukuruku. się pamięta się.


no i dzisiaj na feście spotkałem kalamalę. jedyną kobietę, z którą mógłbym chyba się związać. czar nie do końca prysnął. ale chyba niestety wciąż ma waginę...

piątek, 27 kwietnia 2012

kurwa lajf

w pierwszym akapicie będzie o zdrowiu: no i się okazało, że doktor-kierownik to dupa wołowa, a nie doktor. no może kierownik, który łaskawie wydał zarządzenie, że recepty wypisuje się tylko raz w miesiącu dla każdego pacjenta. no i polazłem drugi raz do ośrodka (tym razem już do lekarza, którego nonszalancja mnie rozwala, a brak kitla jeszcze bardziej) i wreszcie mi dał antybiotyk. wow! polska służba zdrowia się rozwija. może mi zejdzie z języka to, co tam osiadło, a przełyk przestanie sprawiać wrażenie, jakby mnie ktoś przyduszał. teraz już wiem, że tego rodzaju seksu uprawiać na pewno nie będę. ani to przyjemne, ani jakoś thrillujące. to tak samo jak z pissingiem. jak człowiekowi nie daj panie be kapnie na buta w barowej toalecie, to po prostu zawał serca, konwulsje i wylew. tak. przyduszać w łóżku nikt mnie nie będzie...

w drugim akapicie będzie o uciechach cielesnych: a właściwie tego akapitu nie powinno być, skoro uciech żadnych nie ma. w znaczeniu korporacyjnym ofkors. bo jednoosobowa spółka skarbu państwa coś tam czasem podziała, ale to chyba nie o to w tym wszystkim chodzi. to może kilka słów chociaż o panu jednym takim, z którym przyszło mi dzielić pokój przez tydzień szkolenia pod łodzią. otóż regionalno-folkowe spa zaoferowało pokoje dwuosobowe, w ramach której to oferty mi przysługiwał nocleg wespół z panem, nazwijmy go roboczo, kazimierzem. ideał to może mój był z czterdzieści lat temu, bo w akuratnym szejpie, to miał kilka wad. i wcale nie chodziło tu (a może tam) o wiek. były ku temu znacznie bardziej znaczące powody. po pierwsze uwielbiam owłosione pośladki. to fakt. ale uważam, że włosy powinny kończyć się na pośladkach, a nie przebiegać wzdłuż linii kręgosłupa i przez łopatki. po drugie kocham twarzowy zarost. niemniej tak między nami powiem, że same wąsy bez pozostałej części twarzowego owłosienia temu warunkowi nie czynią zadość (swoją drogą pan dębski radzimir jest bjutiful). po trzecie cholernie lubię się w nocy wyspać. a kazimierzowskie chrapanie całkowicie mi tę przyjemność zaburzały. no i ta gazeta polska z jarosławem na winiecie. choć to chyba byłby już jakiś wydumany powód, bo mam pewną słabość do jarosławów. tak więc z mojego wyśnionego romansu w hotelu jedna gwiazdka i cztery łzy nic niestety nie wyszło. ot paskudny los kolejną kłodę mi pod nogi rzucił. w takim toku spraw to chyba zostanę dziewicą z recyklingu do końca dekady...

w trzecim akapicie będzie o pracy: tutaj chyba największy znak zapytania. coś mi się zdaje, że wydarzenia minionych czterdziestu ośmiu godzin jak nigdy przedtem nie przybliżyły mnie do magicznej bramu powiatowego urzędu pracy. się podzieje. na pewno. choć nie chciałbym jakoś antycypować, ale w myślach już się widzę na emigracji zarobkowej. w berlinie na przykład. ale tak serio, by wyjść z międzywierszy, to powiem, że wydarzenia te mogą mi żywot mój niecny nieco skomplikować. nie mówiąc o utrudnieniu płatności bieżących z tytułu zaciągniętych kredytów i pożyczek, ale i poczynionych zobowiązań niematerialnych i prawnych. kurwa chciałoby się rzec. więc niechaj rzeczone zostanie! po prostu kurwa lajf!


a w nagrodę ulubiona moja scena z jednego genialnego serialu, którym się rozkoszuję i onanizuję. siedem sezonów w nieco ponad miesiąc - boziu, i ja się potem dziwię, że niewyspany chodzę i wciąż bez seksu w tym roku. a pan z laseczką, z płowego rumaka wysiadający, po prostu genialny:
niestety dziady wyłączyły umieszczanie na stronach :(