because of some genetic gift of beauty, not some genetic gift of intelligence

sobota, 21 listopada 2009

rozwala mnie żaboraba. durna pieśń, którą wyczaiłem gdzieś na chomiku. nie mogę przestać tego słuchać. zresztą pościągałem masę dziadostwa, które tylko mi psuć będzie mój cudnie wspaniały wizerunek na laście efemie. no nic. trochę obciachu dodaje człowiekowi zawsze... obciachu. zresztą moją cudną koleżanką z prowincji (czyt. współwieśniaczką) jest niejaka gosia andrzejewicz, która niegdyś była patronką tego bloga. znaczy bloga tego autora za jego lepszych czasów i lepszej weny. ale to było kiedyś. dzisiaj każdy z nas nieco na wyższym poziomie w porównaniu z tym co było. chociaż swoją drogą nie powinienem mieć ustawionej na szefa wierki serduszki w komórce, a na wiejską - zająca poziomki. wstyd i hańba. zresztą kiedyś na megaoficjalnym spotkaniu koziołek matołek zabrzmiał. dzisiaj na smsie boska ugly betty. tak tak to ja!

czy aby wywnętrzniłem się już z boskiego niczym śniadanie na trawie, trzy gracje i jelonek na rykowisku razem obrazku, jaki miałem przez minione tygodnie @work? pewnie nie, bo zagarnąłem wszelkie impresje, ekspresje i asocjacje dla siebie bezczelnie. otóż przez minione paręnaście dni praktyki tuż za ścianą miał boski jeden pan. inna inność, że na naszej-klasie (za sprawą zaprzyjaźnionych śledzików, bo sam wzgardziłem bytnością tam niczym częstochowianie i ryjek tadeuszem wroną) miał mnóstwo fotek z tzw. swoją "misią" (grr!). chociaż najdziwniejsze, że większa część załączonych jotpegów to jednak jego solopikczersy były. a to robione w stylu felkowym w lustrze, a to na kanapie, podłodze, pod ścianą i sufitem. narcyz większy niż ja. no i jego durne uśmiechy do mnie na korytarzu. ludzie! pracuję na wsi już ponad sześciolecie i po raz pierwszy mogłem sobie pooglądać na korytarzu coś bardziej atrakcyjnego niż lastriko na schodach (z wyjątkiem widoku mnie nalewającego wodę do czajnika w łazience - ot, tam lustro mamy...). po prostu cudowny widoczek. aż nie wytrzymałem i się z panem pożegnałem osobiście. i cholera jasna przytrzymał mi rękę dłużej niż wiejski protokół przewiduje. znaczy nie taki oborowy, bo cycków nie mam i krową (aż taką dosadną) nie jestem, ale jednak. i cholera dwa: tęsknić za nim będę. znaczy za jego widokiem.

czarne frenulum preputii

sobota, 14 listopada 2009
w przypadającej dzisiaj kolejne dwudzieste pierwsze urodziny (z osiemnastymi chyba lekka przesada by była) panny barakudy_ka chciałbym tak oto publicznie życzenia rzeczonej złożyć, coby nie poddawała się w walce z myszką. ygh, chyba zabrzmiało to było nieco frywolnie i nieakuratnie. niemniej jednak wszystkiego naj! aż z tej okazji sobie ponczo moje z gładalahary wdziałem. i siedzę sobie przed komputerem, którego parę dni temu szlag trafił i musiałem skasować cały dysk, na którym sześćdziesiąt giga filmów było. i pewnie nie martwiłbym się, że to jakieś przyrodnicze o pszczółkach były, gdyby w temacie żądeł były. ale niestety - to w rzeczy samej klasyka była. i nie żadne harry pottery czy inne klany, ale zasoby z louisem de funesem, seria do dzieła i takie inne z lat starszych niż ja sam jestem. plus stare kino. normalnie czuję się jak gdybym dziewictwo z kobietą stracił. rozbity i nieukontentowany. i co z tego, że pewnie przez najbliższy rok bym ich i tak nie oglądnął, ale zawsze miałbym okazję by to zrobić. po prostu trafia mnie. może pan informatyk coś na to poradzi. teraz tylko trza by było sobie w potylicy wspomnienia przywołać, czy aby rzeczywiście przyrody jakiejś w nich na pewno nie było, bo informatyk groźnie wygląda - żonaty, dzieciaty i łysy.

idę na łyżeczkowanie. nie. nie jestem w ciąży żadnej. zresztą chyba nie narodził się jeszcze taki, któremu bym swoje geny udostępnił, by je połączyć z cudzą materią. nie miałbym po prostu pewności, czy piękna matka (czyli mła) i brzydsza druga matka (czyli lła, znaczy luj, ygh - lui - czyt. on) są na tyle kompatybilni, by dziecię do pierwszej matki podobne było. niestety, dopóki nauka nie dostarczy mi na tyle mocnych dowodów niczym skorupa żółwia, na której stoi atlas podtrzymujący ziemię kręcącą się wokół słońca, nie będę na to w żaden sposób gotów. tak więć łyżeczkowanie dotyczy zgoła innej natury medycznego przypadku. oto bowiem mieć będę dwa pępki. jeśli kiedyś zrobię sobie trzecią dziurę, mogę otworzyć swe prywatne łonowe skrzyżowanie o ruchu sterowanym sygnalizacją świetlną. na razie jednak będę miał mały dwukropek. z tym, że mały, to moje tylko marzenia i życzenia, bo jeśli się aua nie zagoi, to będę miał taki otwór, że będę pierwszym mężem na tej ziemi, który będzie mógł tak zwane to zrobić od przodu. i jeśli tak sobie to zwizualizować, to doktor chirurg nie jest chyba aż taki zły...

ale coby się na duchu znaczniej podnieść wybrałem się na zakupy. i to jeszcze jakie. zakupiłem byłem vozidlo sobie. czyli samochód. swoją drogą czeska nazwa mi bardziej odpowiada, choć co niektórym może się z pewną częścią pewnego znacznie wyposażonego pana skojarzyć, któremu w żaden sposób zdrobnienie tej części by nie odpowiadało. letadla jeszcze sobie nie kupię, bo jeszcze ktoś mi go pod-wędzi i proszkiem posypie. a co wtedy by było, chyba każdy w miarę osłuchany współludź dobrze wie. ale do rzeczy mr. er. tak więć mam autko. czarne. bo co jak co, ale czarne wyszczupla!

maybe not gay. but certainly delightful

piątek, 6 listopada 2009
chyba się wypiszę ze świata książki. i to w trybie natychmiastowym. bo otóż się okazało dziś, że pan księgarz, dla którego się zapisałem lat temu parę, porzucił pracę, nie pozostawiając nowego adresu zatrudnienia, a jedynie swego mniej uroczego (czyt. przystojnego) kolegę z okropnym złotym krążkiem na palcu serdecznym (tak się on nazywa?) - czyli jednym słowem kicha. więc dzisiaj w księgarni spędziłem zaledwie kwadrans. pewnie w ogóle by mnie tam nie było, ale upomnienie przyszło do domu, że przegapiłem termin. no i jeśli nie kupię czegoś raz dwa, to mi danielle steele wyślą. no halo - ale taka ciota ze mnie jeszcze nie jest. wolę jackie collins.

poza tym jestem zacofany jak przeciętny wyborca pisu. dopiero ostatnio odkryłem na trójce (tutaj się moja wiekowość odzywa) maszynkę do świergolenia. i jak mnie mój drogi siedemnastoletni kolega z giegie uświadomił - pieśń ta z moich ostatnich dwudziestych lat pochodzi. ale zero przerażenia w oczach (właściwie tylko kochane kontakty, bo tych na giegie coraz mniej). dzisiaj polazłem sobie na koncert wójcickiego. akurat gratis miałem, a że on ci nasz, to więc nie opierałem się zbytnio. za to zrezygnowałem z laskowika dofinansowywanego z zakładowego funduszu świadczeń socjalnych, bo akurat w tym czasie w centrum handlowym krawczyk gratis występuje, więc po co portfel nadwerężać. tym bardziej, że z uwagi na znacząco przekraczające progi dochodowe dochody (no halo! w końcu pedałem jestem, więc alimentów nie płacę i dzieciom podręczników we wrześniu kupować nie musiałem) zaproponowano mi dopłatę dziesięciozłotową. tyle to ja dzisiaj fryzjerce napiwku dałem za jej harce na mojej głowie. ale nie mówmy jej, że to za macanie mnie po głowie. jeszcze by się prostytuancko poczuła, a fajna z niej dzioucha była. a co najważniejsze zasłużyła na ten napiwek. wyglądam prawie bosko. z naciskiem na bosko. to znaczy na swój wiek.

stary dzieciak wyzwał mnie od gnojów i takich tam. wiem. jestem. zgadzam się. ale żeby mi to w twarz rzucać. również mógł mi wsadzić w oczodoły i nosodziurki, że pedałem jestem. no halo po raz drugi! a to tylko temu, że mu powiedziałem, że pizdunia z niego, bo marznie. a ten od razu się sfoszył niczym kotek na kołka i mi sceny na przystanku urządzać zaczął. dobrze, że miałem moje empeczy. szkoda tylko, że bez britney. normalnie wtedy mi ochota przeszła z pedałów na britney właśnie.

because I'm just a mean son of a bitch

piątek, 30 października 2009
boją się mnie i mówią mi na pan. nie wiem, co straszniejsze - czy to, że straszę, czy że jestem strasznie stary. tak czy inaczej brzydki i stary pedał to masakra. a jak dodamy do tego pan pedał, to powoli staję się niczym ian mckellen. niby wszyscy go uwielbiają, ale i tak każdy chciałby się przespać z hobbitem. swoją drogą jutro się z nim widzę. i to w wigilię chryzantema-day. normalnie china town. bo to chyba tam chryzantemowy tron. choć nie - to japonia. ale chiny tak jakby wdzięczniejsze są. rozwijają się i chłopcy jakby tam ładniejsi. i równie wysocy co mr. ejcz. ale nie o tym przeca mówić i pisać chcę. nie znoszę prima novembris (tak to się mówi? jakoś z prima aprilis mi się skojarzyło było). do klubu fanów tego święta się z całą pewnością nie zapiszę. wystarczy, że w dzień kobiet się urodziłem. jak już po wszystkim będzie, to przynajmniej inni świętować będą właściwie. szczęśliwcy...

wszystko dookoła dymi. czacha też, coby do klasyki kina się odwołać. ale to o znicze się rozchodzi. no i parę z ust gadających członków potencjalnej drużyny familiady, którzy nie widzieli się od ostatniego spędu pod hasłem lastriko-world-tour. jeszcze jakby do tradycji wileńskiej nawiązać i jakieś dziady nad grobami urządzić, toby może cudnie cudownie było. na przykład jakaś śliwowica albo inny specjał. ot taki mały wyskok na cmentarz(u). czemu nie. raz na jakiś czas... ale nie. nie da się. bo to tylko taki cmentarny fashion-week.

mój grandfader - coby użyć słówka, którego użył na ostatniej kartkówce mój chrześniak - stwierdził kiedyś, że chciałby mieć pieniądze, które palą się na cmentarzu. ja chciałbym mieć te, które tam czasem też grają. szczególnie w czasie świąt. ot tak sobie idę po pasterce do fadera, a tu nagle skądś tam słyszę piszczenie, jak w modnych za moich nastoletnich czasów kartkach z pozytywką. ale to tylko był znicz z muzyczką w kształcie jotpedwa. znaczy znicz był w jego kształcie. muzyczka raczej przypominała ósemki i szesnastki. chociaż raczej przewrócone te pierwsze, bo to wtedy tak na wieki wieków symbolistycznie jest. tak więc na nadchodzące święta paru ósemek jeszcze na tym najgorszym z padołów (tylko nie pomieszajcie samogłosek, ok?).

przed nami oto finał rajdu palisz-zapal. znicza ofkors. najgorsze, że teraz to nawet palca w wosku pomoczyć nie można, bo olejowe robią. i to z deklem. aua! a mi się marzy znicz z takim wełnianym knotem w glinianej misce. taki jak robili w spółdzielni inwalidów 'jedność' w żywcu, gdzie moja stryjenka (sic!) do dziś umowę o pracę ma podpisaną. ale może lepiej na głos tego nie mówić, bo jeszcze o gloryfikację prlu oskarżą. tak za ciotkę, bo w latach pięćdziesiątych urodzona, jak i za sentymenty. strach się bać. a to dopiero halloween. straszny jestem. to halloween. stary jestem. to zaduszki. bawmy się i dziadujmy. dominus vobiscum.

the world is full of teenaged boys riding bareback

niedziela, 25 października 2009

podobno marzeniem każdego staruszka jest, by powrócić do wcześniejszych lat. choć na chwilę jeszcze spróbować młodości. niestety świat jest okrutny, a zarazem genialnie wyposażony. tyle tylko nie w to, co każdy gej sobie marzy, ale to, czego mało który gej rozumie. w genialne poczucie humoru i ironii. tak więc wracając do wspomnianego staruszka - każdy z nas, tfu nich, marzy o przeżyciu jeszcze raz tego, co kiedyś było. i przeżywa. raz namiastkę seksu, bo spędza coraz więcej czasu w łóżku. albo cofa się do samych źródeł - pampersy, uśmiech wyrażający się dziąsłami na wybiegu czy wreszcie zniżka na bilet w komunikacji miejskiej. choć u nas w mieście, to za darmo się wtedy jeździ. tyle tylko, że trzeba dowód pokazać. jak kiedyś przy kupnie alkoholu czy wejściu na disco. bo potem to już tylko dancing jest. tak więc i ja zdałem się byłem powrócić ku źródłom. i wszedłem sobie poczatować na lepsze co kawałki. ofkors wyszło mi z tego coś podobnego, jak profity pisu na aferze hazardowej, ale jestem jak pan prezes. nie tylko czyste dobro w doskonałej postaci i mniej doskonałym ciele, ale totalnie niezniszczalny. z małym wyjątkiem - kompletnie nie mam daru do prowadzenia konwersacji, a jeśli już to trafiam na starych znajomych z problemami. tak wiem. cholerny skurwiel ze mnie. i egoista. ale jak dodasz do tego słowo pedał, wszystko się wyjaśnia.

no i siedzę sobie na czaterii (normalnie zwę ją brzydko dodając odpowiedni rym, ale nie znoszę hipokryzji. a na chamskie zachowanie w miejscu publicznym jestem zbyt dobrze wychowany) i nagle zagaduje do mnie ktoś, kto czule pieści me oczy literkami układającymi się w moje imię. mikrob mianowicie. pokłóciły się chłopaki i mają problem. bo jeden drugiego zdradził. znaczy najpierw mały, potem duży małego. choć z tą nomenklaturą może być zgoła odmiennie, jeśli nieco inne kryteria zastosujemy. ale mleko się wylało. czy też podobnie zabarwiona substancja. wraz z nią pewnie coś jeszcze, ale akurat nie o tym. choć różnie może z tym być, biorąc pod uwagę dzisiejszy okrutny świat - pełen ironii i złośliwego poczucia humoru. tak, że nawet house wymięka. tak czy inaczej masakra. ponad trzy lata związku i co dalej? no i rację miał mały, mówiąc, że dalej będą tylko same kłamstwa i zdrady. ale czego się spodziewał chłopak. dorzucić do tego zazdrość i infantylność i mamy wypisz wymaluj streszczenie fellow.pl. i'm lovin' it.

ignoring you because you make me sad

piątek, 23 października 2009

pamiętam była jesień. była. z naciskiem na była. lubię słowo "była". albo w wersji dla mnie odpowiedniejszej "były". przedwczoraj naprzykład włączyłem przez pomyłkę tefau, a tam ocean strachu. ostatnio na winampie przypałętał się utwór o różowej galęzi czerwonej wiśni, co kwitła w mym ogrodzie, a objęła gałąź wiśni kwitnącej w jego sadzie. aua. nie omieszkałem mu o tym powiedzieć, choć to parę lat temu zdaje się było. lubię słowo "były" w jego kontekście. ot taka mała słabość na literkę em...

ktoś tu kiedyś napisał, że pewnikiem gdzieś indziej w sieci jestem - bo sto blogów za mną. no chyba nie do końca. najpierw był warrior-of-the-light.blog.onet.pl. stamtąd się panie i panowie znamy. potem był ygh-warrior.blogspot.com jak mnie niejaki facetttt zakablował do admina onetowego, że brzydkie fotki zamieszczam. a to tylko pupa męska była. ech... potem mi odbiło na jego punkcie (nie faceta przez iks te, ale eksa właśnie) i się pożegnałem. z blogiem ofkors jasna. ale nie na długo, bo za jego plecami w aswerusie się objawiałem. raz na blogspocie, drugi raz na wordpressie. potem jeszcze coś, czego na dobrą sprawę nie pamiętam... no i mattithyaahu po raz kolejny na wordpress.com. dziś już tylko tutaj. i nigdzie więcej. veni, vidi, pozostałem. und das ist auch gut so, coby klasyka zacytować...

poza tym pracuję. lubię pracować. bo w pracy jest kawa. mój mały narkotyk, bo alkohol mi zaszkodził. a nie voo-doo. ale to się wytnie. po prostu niektórzy chcą być jak łomnicki. chcę i ja.


...

sobota, 17 października 2009
i'm in pain. auć. chyba ktoś się bawi moją laleczką voo-doo. i to całkiem skutecznie. ale jak już tam kiedyś śpiewał zaucha, chłop to dynamit. tak więc bawmy się póki czas.

no i tak tytułem post mortem ygh scriptum znaczy... powinienem nobla z literatury dostać. ot tak na zachętę. do pisania tego bloga...