środa, 24 lutego 2010

deg ar hugain. ku czci księżnej corn-walii.

po pierwsze wciąż żyję. po drugie wciąż się lepiej mam. po pierwsze bis dżeks wciąż żyje. po drugie bis coraz lepiej się czuje. i jak ktoś z moich kolejnych znajomych ma zamiar go uśmiercać tudzież na zejście skazywać, to wierzcie - nie będą to już moi znajomi. generalnie za trzy miesiące będzie pięć lat jak go poznałem. i to przez kogo? przez księżniczkę panią samą w swej jej osobie. bo się znudziła nim najpierw, a mną przedtem. i stwierdziła, że idealnie będzie, jak nas spiknie, bo mu obaj damy spokój. no i udało się mu połowicznie. uczynił z nas cudownych przyjaciół. i choćby za to jestem mu wdzięczny. ot tak. takich ludzi jak dżeks nie spotyka się na co dzień. takich ludzi chce się mieć wokół siebie ot co.

ponadto nic mi się nie chce. nawet tego bloga pisać mi się nie chce. zresztą dogorywa już moja trzydziestka. a degarhugain to nic innego jak ta liczba w języku walijskim. to oznacza, że powoli się z pełnym tytułem państwem żegnać będę. i coby nie było - raczej na dłużej niż na krócej. zresztą pięć lat tutaj powoli mnie wypaliło. nie chce mi się pisać. a pisać na siłę bez sensu. zresztą o czym pisać? o kolejnej butelce alkoholu? o kolejnych dwunastu godzinach w pracy? o kolejnych czterech następnych w domu przy pracy? panie i panowie, ale to jeszcze nie pożegnanie. bo mamy przed sobą cudowne dwa tygodnie. tak więc to preludium tylko było. ot taka klasyka. a ja lubię klasykę. zresztą idę na farmę. marchewka mi była urosła...

1 komentarze:

  1. no bo masz przeca tyla inwentarza na tym fb do obrobienia, to i czasu, panie, na bloga ni ma... abi

    OdpowiedzUsuń na zawsze