poniedziałek, 9 sierpnia 2010

morze, piasek i wielka awantura. czyli marzenia a rzeczywistość.

lato wszędzie. ponoć. przynajmniej kalendarz tak mówi. no może nie dosłownie mówi, bo takiej wersji najnowszego oprogramowania nie posiadam niestety. nawet internetu bezprzewodowego nie mam od paru miesięcy, kiedy to jedna burza się zdarzyła. totalnie okablowany niczym szpieg średniostarszej generacji. i lato się zdarzyło, coby do wątku wrócić. a latem to najchętniej pokazałbym swe średniostarszej generacji ciało na piasku jakimś, ale jedyny piasek, jaki uświadczam, to we własnych oczach późnym wieczorem, kiedy soczewki dają o sobie znać. a dają czasem, jakby same się chciały w roztworze solnofizjologicznopodobnym wykąpać. a ja w okularach siedzieć nie lubię. bo po pierwsze - jest mi w nich mało seksownie, po drugie - są słabszej generacji, coby to słowo po raz trzeci z rzędu a przedmiotowym akapicie zapodać, a po trzecie - totalnie źle się w nich całuje. to też dobrze myślałem, decydując się je włożyć dnia wczorajszego udając się na r-v z panem jednym takim. poza tym, że rozwaliliśmy jakąś nieużywaną popielniczkę na tylnim siedzeniu w moim wehikule, to nic nam nie przeszkadzało. no chyba, że wspomnienia minionej nocy, kiedy to rozwalono szybę w pokojowych drzwiach, a ja uznany zostałem za diabła w średniostarszej człowieczej skórze posmaganej widmem różnego rodzaju degeneracji średniostarszego pokolenia. tak czy inaczej wciąż żyję. i mam się dobrze. poza tym, że chcę nad morze. na piasek. na plażę. i obiecuję solennie: nie będę pić! (morskiej wody ofkors). buzia robaczki.

2 komentarze:

  1. A cóż za problem wybyć na łikend? Toż koszty małe, urlopu nie trzeba? Niedasię?

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. -> daria nowak: urlop... matko. a co to jest????

    OdpowiedzUsuń na zawsze